Zima za pasem, zdążyło już być zimno, przecież nie tak dawno temu, zaledwie kilka dni mróz sięgał poniżej piętnastej kreski na moim termometrze. Mocz mi zamarzał w pęcherzu jak rano wyszedłem z domu i wsiadałem do samochodu. Teraz na święta jak na złość wszystko stopniało, na zewnątrz zamiast białej pokrywy jest jedno wielkie rozmoknięte bagno. "Przezorny zawsze ubezpieczony" jak mówi stare przysłowie i tym razem się sprawdziło. Sasni z zimowymi oponkami śmigał aż miło po śniegu, kiedy jeszcze było po czym śmigać. Oponki zmieniał w zakładzie wulkanizacyjnym na ul. Wiślanej. Tam właśnie zdarzyła się przygoda, która zmieniła całkowicie moje zdanie o tym zakładzie. W firemce tej, zawsze zmieniałem opony. Zmieniałem olej, miałem do chłopaków zaufanie, bo zawsze robili szybko, dobrze i w miarę tanio. Ostatnio jednak, jakoś pod koniec listopada, od szefuncia odszedł pracownik, który to wszystko napędzał i zapierniczał jak królik po koksie. Robił chyba za czarnego murzyna (nie ubliżając nikomu). Po tym jak odszedł, pracodawca zatrudnił nowego, który jeszcze nic nie umiał. Całą pracę wykonywał szef, w związku z tym robota szła pomału. Podjechałem zmienić gumy na zimowe, jak już wcześniej pisałem. Wszystko szło dobrze, aż do ostatniej opony. Przy ostatniej wymianie szefisko coś zaczęło mówić do pracownika zagapiwszy się i nie założywszy odpowiednio blokady na koło w momencie pompowania powietrza. Ciśnienie, które wytworzyło się podczas pompowania odstrzeliło źle ułożoną gumę opony z taka siłą, że cała moja przepaśna alufelga wyskoczyła na kilkanaście centymetrów do góry, wyrywając przy tym wentyl. Gościu męczył się z dopasowaniem nowego wentyla jakieś półtorej godziny. Podobno jakaś angielska alufelga z lewymi gwintami czy coś takiego ( ja się nie znam, więc mógł mi wcisnąć kit). Zakład zmieniający i sprzedający opony nie posiadał w swoim wyposażeniu odpowiednich wentyli to po pierwsze. Po drugie odpowiednich narzędzi, bo sam boss musiał się fatygować do jakiegoś znajomego mechanika po jakiś kluczyk czy cuś. No i po trzecie chyba najważniejsze w zakładzie tym łamane na potęgę są chyba wszystkie paragrafy dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy BHP - w skrócie dla nie kumatych. Przy wyważaniu koła nie jest zakładana osłona na kręcące się koło. Pal sześć tą osłonkę, ale gość odziany jest w luźny strój roboczy, ze zwisającymi szelkami. Pięknie musiałoby wyglądać, jakby mu się ta szelka zawinęła i pociągła.. Wszystkie kości połamane.... Wracając do mojego koła. Panowie specjaliści spierniczyli mi alusa. Jakiś ruski, przykrótkie gwint wbili na siłę łatając jakimś wulkanizacyjnym klejem. Nie mówię już, że próbowali gwint w mojej feldze poszerzać narzynką, bo im nie pasował ich gwincior. Do nich już chyba nie wrócę. Flejtuchy! W ostateczności udało im się zrobić tak, że powietrze nie uchodziło i chyba da się jeździć, ale jak ktoś to zobaczy, to się za głowę złapie. Moje straty moralne przerosły całe wcześniejsze pokładane w nich zaufanie. Zasłużyli na to, by obrobić ich na tym skromnym blogu.
Kolejny macher, hochsztapler to Pan specjalista od telefonów komórkowych z ulicy 3 Maja znajdujący się nad sklepem " Wszystko po 4 złote". W lokalu 2x3m prowadzi swój zapyziały biznesik udając serwisanta komórek. Ja się pytam, co to za specjalista, co telefony komórkowe zbiera z Proszowic, i naprawia w komisach w Krakowie, po czym wraca, dodaje kilka złotych i wypina klatę mówiąc, że naprawił. Kurna, tak to ja też potrafię. Całe jego wyposażenie, jakie udało mi się zauważyć, to był jeden mały śrubokręcik, którym rozkręcał aparaty robiąc wrażenie zapracowanego. Na jego miejscu pracy panuje zawsze pobojowisko, sam się dziwie jak tak można funkcjonować... A na podłodze gnój taki jak na chodniku. Centymetrowa warstwa błota pośniegowego, którego Pan nie raczy zetrzeć, widocznie mu to nie przeszkadza. Przechodząc do sedna. Mojemu przyszłemu szwagrowi zepsuł się telefon. Siostra powiedziała, że oda go do komisu. Niefortunnie trafiła na tego kanciarza. Telefon był oddany w środę. Miał być gotowy na piątek. Gość sobie wziął numer kontaktowy, żeby w razie czego zadzwonić. Nikt nie dzwonił. Siostra przyszła po odbiór w sobotę, koleś do niej, że jeszcze nie gotowy, niech przyjdzie w poniedziałek. Pomyślała no dobra, może cuś poważnego. Przyszła we wtorek, bo sama pracuje i nie zawsze może się wyrwać poza tym i tak do Proszowic ma kilkanaście kilometrów. Telefon nie gotowy. Nienaprawiony. Oddał siostrze telefon bez włącznika i karty pamięci, bo jak powiedział gdzieś mu się zapodziało. Na następny dzień miał poszukać. Następnego dnia środa (tydzień od oddania telefonu do serwisu) przyszedłem do niego wraz z siostrą. Oznajmił nam, że znalazł kartę, ale nie jest na 100% pewien czy to jej karta, bo nie da się z niej nic odczytać. ( Dodam, że siostra wspominała, że są tam jej zdjęcia i żeby uważał). Zastanawia mnie, jakie jest prawdopodobieństwo tego, że podczas wyjmowania karty pamięci z telefonu zostanie ona uszkodzona? Według mnie takie jak trafienie szóstki w toto lotka. Po piętnastu minutach kłótni udało się wyrwać od niego nową kartę a starą złamać by nie można było odzyskać zdjęć. Straty spowodowane utratą danych gość ma w głębokim poważaniu. Nigdzie nie ma wywieszki, że serwis nie odpowiada za dane na nośnikach i w telefonie. Siostra nie została poinformowana o przebiegu naprawy, tym, że się nie da zrobić, i na kiedy będzie gotowe. Musiała sama do niego wydzwaniać, i przychodzić jak nie odbierał już od niej telefonów. Na dodatek chciał wcisnąć kartę już używaną, na której był jakiś filmik ( prawdopodobnie karta innego klienta). Zdecydowanie odradzam podobnych typków. Zobaczę syf na biurku to odwracam się na pięcie i wychodzę, bo wiem, jak będzie wyglądał mój telefon. Jak ma wróć bez śrubki, bez karty czy czegoś jeszcze innego, to ja wolę iść do takiego gościa, co może robi to tak samo, ale przynajmniej nie będę widział jak się z tym grzebie. Poza tym jakoś nie mam zaufania do ludzi, którzy nie obcinają paznokci, mają na nich jakieś przebarwienia i brud, spóźniają się do pracy 30 minut, i prowadząc komis nie mają ani jednego aparatu by zadzwonić do klienta. A ten burdel na kółkach, który jest na biurku tłumaczą, ze dopiero weszli i się rozkładają.... Paranoja