Mar
25
2010
2010
Było czwartkowe ciepłe, wiosenne popołudnie. Wraz z mamą zaplanowaliśmy na ten dzień wypad do miasta na zakupy. W związku z tym, że okres przedświąteczny, to na tą okazję mama z pracy dostała bony pieniężne, do pewnej sieci supermarketów. Skończywszy pracę, zawinąłem do domu, zjadłem przygotowane przez rodzicielkę pierożki, i wyruszyliśmy ?na polowanie?, ( ale obciachowo się zaczyna ten wpis). Dało się odczuć, że ruch w supermarkecie był wzmożony, z każdą kolejną godziną robiło się coraz ciaśniej, od starszych pań pchających ogromne puste wózki. Wydłużały się także kolejki, w których na szczęście nie przyszło nam stać długo, gdyż natrafiliśmy na wolną kasjerkę, na samym końcu szeregu kas. Skasowawszy nasze zakupy udałem się do zaparkowanego samochodu nieopodal wyjścia, by przerzucić towar z wózka do bagażnika. I tu zaczęły się scenki?.
Zauważywszy otwartą klapę bagażnika jak ryba na przynętę zachęceni, zaczęli podchodzić do mnie jacyś ludzie. Bez obrazy, ale nazwę ich włóczęgami. I z pełną pokorą, kamienną twarzą opowiadali mi historię swojego życia, a to że mieszkają na działce, gdzieś w baraku, pod mostem, że nie ma na chleb, że głodne chodzi, brudne, zmarznięte. Żeby poratować i dołożyć złotóweczkę na jakąś strawę. Człowiekowi żal się robi, że może faktycznie, że widać, że brudne, chude. Chciałoby się dać, bo odruch jest taki, że podzielić by się można, ale z drugiej strony rękę sięgającą po portfel do kieszeni hamował rozsądek. A może to jakaś ściema, a skąd ja wiem czy kupi sobie chleb, czy pójdzie z kolesiami na wino? Wyjście jest takie, że zawsze można dać jakieś jedzenie zamiast pieniędzy, ale złożyło się tak, iż nie zakupiliśmy akurat żadnego prowiantu jadalnego na miejscu tu i teraz. No przecież groszku w puszcze nie dam, albo słoika z majonezem kieleckim. Odmówić głupio, w końcu symboliczne 10 zł to nie majątek, nie dasz, sumienie będzie gryzło, że odmówiłeś. Że może teraz jestem młody i mam pracę, ale w przyszłości też tak mogę skończyć i wtedy i mi nikt nie będzie chciał dać kilku złotych. Dać..też jakoś tak nijako, czuję się wydymany, przecież na to 10 zł to ja musiałem harować a ktoś poprosił i ma. Za darmochę. I że nie pójdzie kupić jedzenia a pobiegnie po flaszkę opije się i burdy będzie robił.
Poza tym, komu dawać, komu nie dać. Komuś, kto przyjdzie i prosi, że niby na chleb a tak naprawdę, gdy widać jak odchodzi z Twoimi pieniędzmi i zawija od razu do monopolowego po szkło?. A może takiemu, co przyjdzie i powie, że nie jest sam, że ma kolegów i brakuje im do wina. Że nie będzie mnie okłamywał i mówi jak jest. I grzecznie prosi, a jak nie będę chciał dać to przynajmniej wózek odprowadzi. Dać z litości, czy za szczerość? Wcale nie dawać? Czy rozdać każdemu? A może samemu się przebrać w stare ciuchy i zbierać kasę od ludzi.
Jest jeszcze jeden rodzaj wyciągania pieniędzy. Ale to mnie drażni jeszcze bardziej niż ci żebracy? Chodzą po firmach ludzie, którzy zbierają pieniądze na leczenie czy rehabilitację jakichś małych dzieci. Z karteczką z wydrukowanym zdjęciem i sprzedają obrazki, jako cegiełki też po jakieś 10 zł. Pytają sprzedawców czy się nie dorzucą i nie kupią takiej cegiełki ( oczywiście 100% zysków idzie na leczenie). Generalnie sytuacja jest taka, że jak są klienci w sklepie i nie dasz? to klienci zaraz pomyślą sobie żeś skąpy. Przyszła raz do mnie kobita, też zbierała pieniądze na jakieś dziecko i sprzedawała obrazki. Twierdziła, że ma pozwolenie z gminy na odwiedzanie firm, że wszystko jest full legalne itd. Powiedziałem więc, że poproszę od niej numer konta, ( który był wydrukowany pod zdjęciem dziecka) to wpłacę odpowiednią sumkę. Na to usłyszałem, że nie ma numeru konta, no to ja, że przecież ma Pani tu nadrukowane. Kobiecina z kolei na to, że jest chwilowo zablokowane, a ja ostatecznie podziękowałem pięknie za wizytę i pani musiała pocałować klamkę. Dymać to my, a nie nas. Jak mówi stare powiedzonko. Jeżeli faktycznie było by dziecko chore i nie byłby to jakiś przekręt to, co by zależało wolontariuszowi, że pieniądze dotarłyby na konto. Powinien na odwrocie tych cegiełek mieć tez nadrukowane namiary jakieś, zdjęcie dziecka, opis choroby czy ten nieszczęsny numer konta, gdybym chciał regularnie pomagać. A tu weźmie kasę i spiernicza dalej. A jak go ktoś napadnie i okradnie. Moje wspomniane 10 zł bezpieczniejsze będzie jak poleci przez Internet niż przez kieszeń wolontariusza.
Poza tym, komu dawać, komu nie dać. Komuś, kto przyjdzie i prosi, że niby na chleb a tak naprawdę, gdy widać jak odchodzi z Twoimi pieniędzmi i zawija od razu do monopolowego po szkło?. A może takiemu, co przyjdzie i powie, że nie jest sam, że ma kolegów i brakuje im do wina. Że nie będzie mnie okłamywał i mówi jak jest. I grzecznie prosi, a jak nie będę chciał dać to przynajmniej wózek odprowadzi. Dać z litości, czy za szczerość? Wcale nie dawać? Czy rozdać każdemu? A może samemu się przebrać w stare ciuchy i zbierać kasę od ludzi.
Jest jeszcze jeden rodzaj wyciągania pieniędzy. Ale to mnie drażni jeszcze bardziej niż ci żebracy? Chodzą po firmach ludzie, którzy zbierają pieniądze na leczenie czy rehabilitację jakichś małych dzieci. Z karteczką z wydrukowanym zdjęciem i sprzedają obrazki, jako cegiełki też po jakieś 10 zł. Pytają sprzedawców czy się nie dorzucą i nie kupią takiej cegiełki ( oczywiście 100% zysków idzie na leczenie). Generalnie sytuacja jest taka, że jak są klienci w sklepie i nie dasz? to klienci zaraz pomyślą sobie żeś skąpy. Przyszła raz do mnie kobita, też zbierała pieniądze na jakieś dziecko i sprzedawała obrazki. Twierdziła, że ma pozwolenie z gminy na odwiedzanie firm, że wszystko jest full legalne itd. Powiedziałem więc, że poproszę od niej numer konta, ( który był wydrukowany pod zdjęciem dziecka) to wpłacę odpowiednią sumkę. Na to usłyszałem, że nie ma numeru konta, no to ja, że przecież ma Pani tu nadrukowane. Kobiecina z kolei na to, że jest chwilowo zablokowane, a ja ostatecznie podziękowałem pięknie za wizytę i pani musiała pocałować klamkę. Dymać to my, a nie nas. Jak mówi stare powiedzonko. Jeżeli faktycznie było by dziecko chore i nie byłby to jakiś przekręt to, co by zależało wolontariuszowi, że pieniądze dotarłyby na konto. Powinien na odwrocie tych cegiełek mieć tez nadrukowane namiary jakieś, zdjęcie dziecka, opis choroby czy ten nieszczęsny numer konta, gdybym chciał regularnie pomagać. A tu weźmie kasę i spiernicza dalej. A jak go ktoś napadnie i okradnie. Moje wspomniane 10 zł bezpieczniejsze będzie jak poleci przez Internet niż przez kieszeń wolontariusza.





